Youtube channels for learning French

I haven’t been here for a long time but it doesn’t mean that I gave up my language learning and the pursuit of polyglotism! Summer break allows me to go deeper into languages that I had learnt before I started my real language adventures. I learnt German in high school and I decided to brush up what I had acquired before. I also continue with my French (a real challenge is in front of me but I will tell you later ;)….) and occasionally, I look at some Esperanto lessons (I promised myself to do it almost 2 years ago!).

Today I want to share with you some Youtube channels that may help you learn French. It’s vital to remember that you should watch/listen to authentic materials as soon as possible. That’s why I’m not going to give you links to language podcasts or grammar lessons. There is nothing more useful and efficient in language learning than forgetting about the actual process of learning! When you start following your favourite Youtuber, you think more about what is happening on their channel than about listening comprehension and checking separate words in a dictionary. If you still find it difficult to grip the gist of the material, try lowering the speed, it’s easy to do in the video settings.

Let’s start from some well-known Youtube comedians:

Jeremy

Andy

Now let’s turn to gamers:

Cyprien Gaming (Cyprien has got also a comedy channel!)

And cooks!

Hervé Cuisine

And something more girly by French beauty gurus:

EnjoyPhoenix (Marie also cooks and records some daily vlogs on her other channels!)

And finally some educational channels. However, they may be a bit more difficult.

Code MU


Dr Nozman

I hope you will find something that suits your passions and your level of French!

Enjoy and share your favourite channels!

Jakiego słownictwa warto się uczyć?

JAKIEGO SŁOWNICTWA WARTO SIĘ UCZYĆ?
KAŻDEGO.
KONIEC POSTU.
🙂

Żartuję. Oczywiście nie zostawię tego tematu bez żadnych argumentów 🙂 Inspiracją do napisania tego posta stało się życie. Jako nauczyciel, na co dzień muszę odpowiadać na pytania typu: „Proszę Pani, a po co  my się tego uczymy?”, „A po co te idiomy?”, „A po co ubrania, niech się dziewczyny tego uczą!”, „A ja nie lubię marchewki, to muszę pamiętać jak jest po angielsku?”. Z drugiej strony śledząc poczynania poliglotów, spotkałam się również z koncepcją bardziej i mniej przydatnego słownictwa. Pamiętam, że owa koncepcja pojawiła się razem z krytyką tradycyjnych kursów językowych, które są bezużyteczne, bo uczą nas bezużytecznego słownictwa, jak kolory, czy ubrania (przeczytałam to ok. roku temu, więc ciężko jest mi przypomnieć sobie autora, spróbuję odnaleźć ten wpis). Jakie było moje zdziwienie! Wszak do tej pory uważałam właśnie słownictwo związane z ubraniami, kolorami, jedzeniem za najważniejsze i prawie na równi z podstawowymi zwrotami konwersacyjnymi. Jak więc jest z tymi słówkami? Czego powinniśmy się uczyć i dlaczego?

 

Z praktycznego punktu widzenia wiele osób uważa, że warto uczyć się słownictwa, które odpowiada naszej szeroko pojętej działalności, czy zainteresowaniom. Jest jednak bardzo wielkie ALE – znajomość tych słów może wcale nie przybliżyć nas do lepszego rozumienia języka (Ba! W ogóle szerokie słownictwo nie gwarantuje nam 100% rozumienia tekstu, ale nie o tym tu piszę). Może być bowiem tak, że pracujemy jako budowlańcy i wyuczymy się słownictwa branżowego, ale wciąż mamy luki w codziennym słownictwie konwersacyjnym i wciąż nie będziemy czuć się kompetentni i skorzy do rozmowy z obcokrajowcami. Jeśli już mamy brnąć w jakieś ograniczenia, to byłabym bardziej za nauką 1000 najczęściej używanych słów plus do tego słownictwa branżowego/które uważamy za istotne w naszym indywidualnym przypadku.
Kolejną kwestią są umiejętności, które nabywamy i rozwijamy, ucząc się słówek. Należy pamiętać, że nauka słownictwa to wbrew pozorom nie jest nauka pamięciowa. Opanowując i analizując świadomie kolejne słowa, rozwijamy również umiejętności słowotwórcze, kojarzenie, myślenie analogiczne, które są niesamowicie ważne, bo dodają jeszcze większą ilość słów do naszej kolekcji. Dodają słowa, które potrafimy utworzyć, czy przetłumaczyć, chociaż nigdy się ich nie uczyliśmy. Jest to niezwykle cenna umiejętność przybliżająca nas do poziomu „native-like”.
Co więcej, nigdy nie wiemy, co tak naprawdę będzie nam potrzebne. Nie wiemy, w jakim środowisku, czy kraju przyjdzie nam używać w przyszłości języka. Dobrym przykładem jest np. „haddock” – pamiętam, że nauczyłam się angielskiego słówka na rybę „łupacz” w gimnazjum i dokładnie również pamiętam swoje narzekanie – przecież nawet nie wiem, jak ta ryba wygląda, w życiu nie miałam i pewnie nie będę miała okazji jej spróbować. I co? Okazuje się, że łupacz jest bardzo popularną rybą w krajach anglosaskich, o czym przekonałam się w czasie pobytu w Wielkiej Brytanii. Nie raz zdarzyło mi się wreszcie użyć tego słowa, które sponiewierane i upokorzone czekało gdzieś cierpliwie w szufladkach mojego mózgu 🙂
Poza tym jestem pewna, że nie tylko mi zdarzyło się, że nauczyłam się jakiegoś słówka i akurat wtedy pojawiło się za chwilę w serialu, czy książce, którą czytam. Zaskakujące zjawisko! Ale jakże satysfakcjonujące i motywujące do dalszej nauki!
Podsumowując, słownictwo to nie nieruchome elementy układanki, które musimy poskładać, żeby poznać język. Tak jak i on, słowa żyją, ewoluują, mają kilka form, rejestrów, podobnych do siebie elementów. Im więcej ich znamy, tym więcej sami jesteśmy w stanie utworzyć, czy odgadnąć i dużo sprawniej posługiwać się językiem. Nie zapominając o niezbędnej wiedzy gramatycznej, znajomość i ciągłe rozwijanie słownictwa z rozmaitych obszarów, przybliża nas do płynności językowej. Natomiast wykształcenie umiejętności słowotwórczych i stosowania analogii, może stanowić prawdziwy przełom w naszej nauce.

 

Jak powrócić do nauki języka po dłuższej przerwie?

Czyli temat, który jest zawsze na czasie. Wystarczy wyjazd, wakacje, ferie, egzaminy, żeby zapomnieć o rutynie, porzucić nawyki i wypaść z rytmu. Sama tego doświadczyłam po powrocie z wymiany studenckiej. Chociaż w Belgii nieustannie rozwijałam się językowo, to nie miałam jakiejś określonej rutyny i raczej uczyłam się tego, na co w danej chwili miałam ochotę, a ponieważ dużo czasu poświęcałam na studia i podróże, to niestety zapomniałam o książkach i systematyczności. Oczywiście nauka nie musi koniecznie oznaczać codziennego siedzenia z nosem w podręczniku, ale obecność określonego planu działań z pewnością pomaga nam kontrolować przyswajanie języka, a systematyczność jest niewątpliwie kluczem do sukcesu.


Jak więc okiełznać lenia i powrócić do systematycznej nauki języka?
Dobrze jest podzielić ten proces na dwie części.
Realna ocena naszych możliwości i czasu oraz wyłapanie luk w naszym harmonogramie.
Jest to ważne, ponieważ może zapobiec szybkiemu zniechęceniu i ewentualny „słomiany zapał” zamienić w rzeczywistą motywację do nauki, która przełoży się na efekty. Jeśli chodzi o luki w planie zajęć, pamiętajmy również o czasie tylko pozornie zajętym. Mam tu na myśli czas spędzony w środkach transportu, staniu w kolejce, czy w pracy, która nie wymaga od nas jakiejś konkretnej aktywności.

Zaplanowanie jednego lub dwóch działań, nie więcej!
Dlaczego? A to dlatego, żeby tą naszą nauką nie wywołać zbyt nagłego przewrotu w naszym życiu. Zazwyczaj kończy się on wypaleniem lub zarzuceniem rutyny z jakiegokolwiek ważnego lub mniej powodu. Pamiętajmy, że na tym etapie naszym głównym celem jest wdrożenie jakichkolwiek działań i rozwinięcie nawyku uczenia się języka. Dobrze więcej wybrać sobie jeden rodzaj działań i zacząć go uskuteczniać codziennie o jakiejś danej porze lub w danym punkcie dnia. Ja na przykład obiecałam sobie codziennie przed snem naukę porcji słówek z francuskiego na Memrise.
Co dalej? Jak powyższe kroki pomagają nam w rozwoju rutynowych działań?
Otóż wprowadzają one systematyczną naukę języka do naszego codziennego życia. W tej chwili może być to tylko kilka słówek dziennie, czy rozwiązanie jakiegoś jednego testu, ale gwarantuję Wam, że nadejdzie dzień, kiedy po tej obowiązkowej porcji języka podkusi Was zajrzeć gdzieś jeszcze, nauczyć się o kilka słówek więcej, sięgnąć po inną książkę. Dlaczego? Ponieważ z jednej strony wprowadziliście nawyk rutynowej nauki, ale z drugiej strony potrzebujecie urozmaicenia, będzie Was więc kusić, żeby wprowadzać kolejne aktywności. Jeśli dodatkowo uczycie się języka z pasji, na pewno pojawi się wiele zagadnień, które będziecie chcieli rozwinąć, pogłębić, czy sprawdzić w innych źródłach. Podstawą jest stworzyć sobie grunt, który będzie stanowił fundament systematyczności, a przy okazji, choć być może nie od razu, prowokował do kolejnych działań.
A Wy mieliście kiedyś taki „przestój” w nauce, któremu musieliście zaradzić? Jak sobie z nim poradziliście? 
Pozostaje mi życzyć Wam powodzenia, jeśli jesteście na etapie wdrażania nauki! 😉 

Porażka w nauce języka obcego? Istnieje? [VIDEO in English]

Jak widać na pierwszy rzut oka – blog zmienił się nie do poznania 🙂 Nadal oczywiście znajdziecie tu wszelkiej maści językowe rozważania, ale będzie im towarzyszyć inna szata graficzna, nazwa i adres bloga 🙂 Wszystkim osobom, które wypełniły ankietę z pytaniami na temat mojego bloga bardzo dziękuję. Dziękuję również za wszystkie miłe słowa, które pojawiały […]

Gold List Method, czyli odpowiedź na odwiecznie dręczące pytanie: „Jak uczyć się słówek?”

Wakacyjne leniwe miesiące nie sprzyjają intensywnej nauce. Wspominałam o tym już nie raz. I uważam, że nie powinniśmy się do niczego zmuszać, w końcu każdy oprócz języków obcych potrzebuje też słońca i wypoczynku 🙂
 
Dlaczego o tym wszystkim mówię?
Ponieważ Gold List Method wydaje mi się być taką właśnie „wakacyjną” metodą nauki słówek. I to dosłownie, bo słówek wspomnianą metodą uczymy się raz na dwa tygodnie*
 
 
Jak to wygląda?
W wielkim skrócie: w „srebrnym” zeszyciku zapisujemy 25 słówek wraz z tłumaczeniami i innymi niezbędnymi informacjami. Stronę obok zostawiamy pustą. Słówek nie próbujemy „wkuwać”, czytamy je głośno raz i zostawiamy na co najmniej dwutygodniowe (ale nie dłuższe niż 2 miesiące) leżakowanie. Po dwóch tygodniach wracamy do listy i sprawdzamy, które ze słówek znamy, a których nie. Autor metody – David J. James proces ten nazywa po angielsku ‚distillation’, co dosyć obrazowo ukazuje istotę tego procesu. Słowa nieznane przepisujemy do kolejnej kolumny (dlatego zostawiliśmy sobie pustą stronę obok) i dajemy jej leżakować kolejne dwa tygodnie.
 
Co dalej?
Wg autora po każdych dwóch tygodniach powinniśmy pamiętać ok. 30% słów z poprzedniej listy. W taki sposób, lista stopniowo staje się coraz krótsza. Kiedy doczekamy wiekopomnej chwili, gdy nasze listy będą składać się z zaledwie kilku słów (autor pisze o 7-9), możemy łączyć je w nowe listy w kolejnym, tym razem „złotym”  zeszycie.
 
Jak to działa?
David J. James twierdzi, że pamięć długotrwała nie jest nam posłuszna i uczy się podświadomie. Uczy się nie tego, co za wszelką cenę próbujemy zapamiętać (te rzeczy trafiają do pamięci krótkotrwałej), ale tego, co przechodzi po prostu przez naszą świadomość. I wydaje mi się, że jest to kluczowe spostrzeżenie rokujące dobrą przyszłość naszej nauce z Gold List Method. Któż bowiem z nas nie ma czasem momentu, że zastanawia się skąd zna jakiś fakt lub osobę? Otóż nie dlatego, że wyuczyliśmy się tych osób i faktów na pamięć, ale po prostu przewinęły się gdzieś „po drodze”, „obiły o uszy”, itd.
 
Gold List Method i ja 🙂
Jak pewnie się domyślacie, piszę o tym wszystkim, bo sama korzystam z Gold List Method. Ostatnio mam niestety mimo wakacji bardzo mało czasu na naukę, więc metoda, która wręcz zabrania mi siedzenia godzinami z jedną listą słówek, wydaje mi się bardzo praktyczna. Używam jej jednak jako dodatkowej formy nauki słów. Wybrałam sobie jedną książkę do języka niderlandzkiego, której wiem, że nie będę miała czasu przerobić, a podoba mi się słownictwo, na jakim została oparta. Dlatego też, postanowiłam nauczyć się tylko słownictwa, korzystając właśnie z Gold List Method. Raz na parę dni zasiadam więc z moim zeszytem i tworzę kolejne listy, które powtarzam i przepisuję po dwóch tygodniach. Tak jak nakazują zasady, nie uczę się wspomnianych słów, tylko najpierw wypisuję kolumnę po niderlandzku, dopiero później, żeby jeszcze raz wrócić do każdego ze słów, wypisuję tłumaczenia. Wszystko staram się robić głośno, tj. czytam na głos to, co piszę. Z zapamiętywaniem jest różnie. Z pierwszej listy po pierwszej „destylacji” przepisałam 17 słów, ale już po drugiej aż 15, więc z poprzedniej listy zapamiętałam tylko 2. Myślę, że wynika to też z faktu, że niektóre słowa przy zapisywaniu nasuwały mi jakieś skojarzenia. Sądzę, że te, które zostały, to te najbardziej oporne właśnie na przywoływanie skojarzeń.
 

 

 
Wszystkich ciekawych szczegółów dotyczących Gold List Method zapraszam na stronę autora: http://huliganov.tv/goldlist-eu/
 
 
A Wy? Korzystaliście kiedyś z tej metody? Co o niej myślicie?

 

*oczywiście mam tu na myśli powtarzanie słów. Nowe listy możemy pisać codziennie, wszystko zależy od nas 🙂